wtorek, 21 kwietnia 2015

Niech uschnie ręka, czyli czemu zginął prezydent Kaczyński

Nie, nie wiem, jak to się dokładnie stało, że p. prezydent i 95 innych osób zginęło.

Chciałem przedstawić to, czego dowiedziałem się (tak właśnie to czuję, od razu wiedziałem) o przyczynie śmierci p. prezydenta. Nie tłumaczy to wszakże śmierci pozostałych 95 osób.

Wskażmy najpierw analogię - choć dostrzegłem ją później (cyt. za Mark Sołonin, 25 czerwca. Głupota czy agresja? Poznań 2011, Dom Wydawniczy Rebis, s. 262):

27 listopada 1940 roku - czyli zaledwie dwa dni po feralnym 25 listopada - prezydent Finlandii Kyoesti Kallio poprosił Radę Państwa, by przyjęła jego dobrowolną dymisję. Poprzedziły to wydarzenia bardziej pasujące do mistycznego thrillera niż do rzeczywistości. 12 marca 1940 roku, w przeddzień zawarcia układu moskiewskiego, prezydent Kallio, podpisując pełnomocnictwo fińskiej delegacji do zawarcia porozumienia na rozbójniczych stalinowskich warunkach [chodzi o traktat kończący wojnę zimową pomiędzy Finlandią i ZSRS], zapalczywie powiedział: "Niech uschnie ręka, która podpisała taki dokument". W sierpniu 1940 roku Kallio ciężko zachorował, miał wylew do mózgu, wskutek czego dotknął go paraliż prawej ręki. Stan jego zdrowia coraz bardziej się pogarszał i w wigilię Bożego Narodzenia Kallio, na peronie dworca w Helsinkach, zmarł nagle na wylew.

P. prezydent Kaczyński, nie zważając na słynne pióro, które odmówiło posłuszeństwa, podpisał, choć z ociąganiem, traktat lizboński - traktat, który jest dla Polski bardzo szkodliwy (to pióro kupił potem, czy też chciał kupić Janusz Palikot, proszę zwrócić uwagę na ten symboliczny gest przedstawiciela międzynarodowej tightly-knit, higly efficient machine; ciekawe też jak interpretować "zamach" z różą z 10 marca 2010 roku?). Na pewno wiemy tylko tyle, że kto żyw w mediach rugał p. prezydenta: no kiedy to wreszcie podpiszesz? Nie wiemy innych rzeczy, tego, co działo się nieoficjalnie. Czy podjął po prostu niemądrą decyzję pod naciskiem medialnym? A może był szantażowany? Czy grożono jemu, czy Polsce? Czy ugiął się, bo zabrakło mu odwagi powiedzieć: nie, czy może groziło Polsce większe niebezpieczeństwo, gdyby odmówił?

10 kwietnia 2010 roku moja pierwsza myśl była właśnie taka jak w mistycznym thrillerze: poniósł okrutną konsekwencję swojego wyboru (niektórzy mówili: zdrady Polski). Wciąż sądzę, że za podpisanie Lizbony musiał umrzeć. Dziś jednak chyba wiem (a w każdym razie wierzę), że może był bohaterem tak tragicznym jak Kallio.

Prawdę może już niedługo będą rozgłaszać na dachach.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

O pijanych generałach w samolocie, czyli wiarygodność Sowietów

Odczyty stenogramów ze Smoleńska stają się powoli telenowelą podobną do kolejnych "poprawionych" wydań "Wspomnień i refleksji" Żukowa. W zależności od sytuacji politycznej nieżyjący Żukow ujawnia fakty, których próżno szukać w poprzednich wydaniach - gubiąc też i niektóre fakty ujawnione w poprzednich edycjach. Potrafi się też Żukow w swoich wspomnieniach powoływać na pozycje literackie opublikowane szereg lat po jego śmierci. Wot, prorok. Podobnie i nasi odsłuchiwacze, podający kolejną jeszcze bardziej dokładną wersję zapisów rozmów z tupolewa, potrafią przy okazji dosłuchania nowych fragmentów zgubić całe inne fragmenty (rozmowy z wieżą, wg Artura Wosztyla obecne w poprzednich wersjach) i nie zauważyć komend z wieży dotyczących zejścia na 50 m.

Okazuje się też, że pijany generał naciskający na niewyszkolonych i ulegających wpływom pilotów (tacy niezborni, że dzielna stewardessa musiała rozpaczliwie trzymać w ryzach pijących browary generała Błasika i Mariusza Kazanę) ostatecznie tak ich skołował, że nie umieli korzystać z zegarka ("w pół do ósmej"), co dopiero gdyby mieli odczytywać dane z bardziej skomplikowanych urządzeń albo rozumieć komunikaty anglojęzyczne z TAWS lub obcą mowę kontrolerów. [może lepiej to napiszę, gdyby ktoś jednak się poczuł urażony - powyżej to IRONIA]

Jeśli ktoś jeszcze ma zaufanie do narracji makowsko-millerowskiej, to proponuję zapoznać się z niewczesną wprawką w opisywaniu zdarzeń lotniczych. Opis wg Mark Sołonin, 25 czerwca. Głupota czy agresja? Poznań 2011, Dom Wydawniczy Rebis, s. 204-206, cytowany będzie generał porucznik Piotr Chochłow, uczestnik zestrzelenia pasażerskiego Ju 52 lecącego 14 czerwca 1940 z niepodległej (jeszcze) Estonii do niepodległej Finlandii. W nawiasach kwadratowych moje komentarze.

Ludzie pracy Litwy, Łotwy i Estonii obalili znienawidzone reżimy burżuazyjne i zdobyli wolność. Na podstawie dobrowolnego wyrażenia woli kraje te weszły w skład ZSRS jako równoprawne republiki socjalistyczne [wrong: Estonia do 6 sierpnia nie była częścią ZSRS]. Obaleni w tych krajach przedstawiciele klasy wyzyskiwaczy wraz ze swymi cudzoziemskimi partnerami usiłowali przerzucić za ocean zagrabione kapitały. Okręty bojowe, jak również samoloty Floty Bałtyckiej otrzymały rozkaz: zablokować nie kontrolowane wyjścia cudzoziemskich statków i wyloty obcych samolotów z portów morskich i lotnisk republik nadbałtyckich [czytaj: atakować statki i samoloty niepodległych państw bez wypowiedzenia wojny]. [...] Jakieś trzy-cztery kilometry od miasta zauważyłem, że z lotniska Lagsberg wystartował samolot. Wziął kurs na Helsinki. [...] Zbliżyliśmy się do samolotu Ju 52 nie noszącego żadnych znaków rozpoznawczych. Otworzyłem luk astronawigacyjny w swojej kabinie, uniosłem się z siedzenia i ręką wskazałem pilotowi, żeby zawrócił maszynę w stronę lotniska. Ale junkers leciał dotychczasowym kursem i jeszcze zwiększał prędkość. Dwukrotnie przecięliśmy mu kurs, daliśmy znaki: "Żądamy powrotu"! Załoga zignorowała nasze żądanie. - Ostrzec ogniem! - rozkazuje dowódca. Kilka serii świetlnych przechodzi przed kabiną junkersa, ale i to nie zmienia sytuacji. Jesteśmy tak blisko od ściganego samolotu, że przez jego iluminatory widzimy ludzi w przedziale pasażerskim, widzimy ich zadufane fizjonomie. Pokazują nam pięści, grożą pistoletami. Po tym samolot naruszyciel został zestrzelony. [podkr. moje, pilot myśliwca musiał się nieźle przestraszyć]

Znać, że interpretatorzy wypadków czegoś się nauczyli przez 70 lat i budują odrobinę bardziej prawdopodobne narracje. Ale poczekajmy, bo może nie powiedzieli ostatniego słowa.